Każdy ma czasem taki "dzień do czterech liter". Jedni po prostu siedzą w domu i nie wiedzą, co ze sobą zrobić, inni mają problem z koncentracją i są rozdrażnieni. Są jeszcze ludzie, którym danego dnia wszystko sypie się z rąk, albo tacy, którzy cały dzień śpią. Dziś dla mnie właśnie taki dzień nastał, choć zapowiadał się obiecująco.
Po porannym zrobieniu paznokci, które planowałam zrobić już wiele tygodni temu i obejrzeniu paru odcinków mojego serialu przyszedł czas na sen. Na sen, po którym nie byłam w stanie już nic zrobić. Wszystko dosłownie wypadało mi z rąk, mało nie potłukłam naczyń i nie byłam w stanie posprzątać do końca w mej norze, bo irytacja sięgnęła swego zenitu, gdy wykładając jajka do lodówki zwyczajnie mi się potłukły.
To się nazywa mieć szczęście.
Dlatego właśnie dzień zaliczam do tych nieudanych; przesiedziany cały i "wypierdziany" w dresie. Bez jakichkolwiek działań konstruktywnych.
Postanowiłam się jednak na wieczór pocieszyć filmem i simsami, a chociaż gamer'em nie jestem, to po prostu kocham serię The Sims.
Przygodę z serią zaczęłam bodajże jeszcze w podstawówce, zaczynając od drugiego wydania serii (nigdy nie grałam w The Sims 1). Pamiętam, że tworzyłam tam dziwa i cudy - od centaurów, po wilkołakopodobne stworzenia (bez przemiany w wilkołaka, ot, dodawałam ludziom futerka), fauny i syreny, które zwyczajnie chodziły po trawie. Dla maniaka simsów nie jest to nic nadzwyczajnego, ale wiem, że wtedy był to naprawdę fun (szczególnie, gdy normalne pogrywanie simsami już się nudziło).
Potem wyszło The Sims 3. Do tej pory pamiętam, kiedy koleżanka chwaliła się, że od trzech godzin robi jednego sima, bo twórcy dodali w kreatorze nieskończoną ilość modyfikacji stylu - od wzorków po kolory. Niesamowite było to, że była możliwość zmiany koloru włosów na jakikolwiek, że można było bez ściągania przeróżnych fryzur zrobić simce różowe odrosty, niebieskie pasemka i żółte końcówki.
Nadeszły dodatki - zwierzaki, które kupiły mnie możliwością posiadania koni i jednorożców (!), Supernatural, gdzie wszystkie istoty nadnaturalne były w jednym dodatku, dobrze znane mi z poprzedniej części cztery pory roku i wiele, wiele innych. Nie będąc żadnym nolife'm spędziłam z simsami wiele godzin.
A teraz przyszła pora na The Sims 4. Chociaż gra miała swoją premierę 2 września 2014 roku (4 września w Polsce), ja do tej pory odkrywam jej uroki i nowe możliwości.
Do wielkich plusów zaliczam znacznie rozbudowany kreator simów. Jest to coś niesamowitego! Możemy stworzyć dowolnego sima o dowolnej sylwetce. Nie wszystkie simy muszą wyglądać tak samo. Możemy zdecydować, czy nasza bohaterka będzie miała nieco szersze biodra i węższe ramiona, a jej przyrodnia siostra od strony wuja szeroką szyję i wąziutkie łydki czy zupełnie inaczej. Możemy stworzyć napakowanego punk'a i wychudzoną kruszynę.
Możemy wybrać w jaki sposób simowie mają się poruszać!
Możemy więcej a jednocześnie mniej.
Twórcy zawiedli mnie, wycofując kreator stylu - choć mamy kilka wariantów kolorystycznych w danej bluzce, nie ma już możliwości szybkiego i łatwego dodania jej dowolnego wzorku z katalogu. To samo tyczy się włosów, czy oczu - mamy kilka narzuconych odcieni i na tym się kończy.
Kolejnym plusem jest dla mnie sama grafika - okolice są bajecznie śliczne, sami simowie nie wyglądają już jak plastusie a i poruszają się bardziej naturalnie.
A właśnie, jeśli zaczynam temat okolicy i świata - kolejna klapa i cofanie się do tyłu. Jak bardzo poczułam się oszukana, gdy do moich uszu doszło, że w czwartej odsłonie serii twórcy gry zrobili ogromny krok wstecz - zamknięty świat. Już nie ma możliwości dowolnej eksploracji świata. Owszem, możemy poruszać się w pewnej, znacznie większej niż w The Sims 2, odległości od swojego domu, ale nie możemy już wsiąść w samochód i przyglądać się, jak nasz sim podróżuje na drugi koniec mapy.
Może to i nic wielkiego, ale ja osobiście lubiłam obserwować simową jazdę konną.
Zostawiając już temat nieszczęsnego zamkniętego świata rodem z The Sims 2, napomknę jeszcze o nowych interakcjach. Bardzo spodobał mi się fakt, że teraz simy mogą rozmawiać w większym kręgu osób, albo robić dwie rzeczy na raz - chociażby gotować i rozmawiać, jeść i oglądać telewizję. Jak dla mnie, jest to bardzo fajne rozwiązanie.
A skoro mówimy o fajnych rozwiązaniach - budowanie domu jest teraz jeszcze prostrze i jeszcze fajniejsze, szczególnie dla małych leniuszków. Po co przeprowadzać się pięć razy, skoro na jednej i tej samej parceli zamiast małej nory możemy, paroma kliknięciami, postawić wypasioną willę? Albo zwyczajnie dostawić (lub zamienić) już gotowy, umeblowany pokój, dostosować jego wymiar. Wystarczy tylko wejść do galerii, poszperać trochę, wybrać, kliknąć i voila!
Kolejnym wielkim plusem jest dla mnie fakt, że teraz nasi bohaterowie gry mają własne emocje. Mogą być naprawdę smutni, niepoprawnie flirciarscy, bardzo szczęśliwi, a przy tym są naprawdę ekspresyjni. Ich sposób chodzenia i mimika twarzy zdradza wszystko.
Zauważyłam, że w nowej odsłonie kilka umiejętności znanych z dodatków The Sims 3, jest w zwykłej podstawie gry, jak chociażby miksologia. No i jest ich znacznie więcej, porównując do The Sims 2, a także związane z nimi zupełnie nowe możliwości i interakcje, jak choćby szczepianie roślin. Nasze simy mogą się rozwijać w wielu kierunkach, a przy tym, żeby od razu uprawiać jogging, nie trzeba rozwijać umiejętności sportu na 2.
Ogólnie rzecz biorąc - The Sims 4 jest zdecydowanym sukcesem pomimo paru aspektów, które jednym mogą się podobać, innym nie. Przyznam, że z wielką niecierpliwością czekam na wyjście dodatków takich jak zwierzaki, cztery pory roku, czy nie z tego świata aby jeszcze dogłębniej zbadać świat simów.
Na koniec dodam, że dla najwytrwalszych czekają miłe, drobne niespodzianki.
Z pozdrowieniami,
norusze.

Fajny post :) zapraszam do mnie ;) może jak Ci się spodoba zaobserwujesz? Byłoby mi bardzoo miło!
OdpowiedzUsuńsmileelucky.blogspot.com
pozdrawiam♥