wtorek, 21 lipca 2015

1. Zwierzaczno-sąsiedzkie problemy.

Według mojej śmiesznej aplikacji pogodowej o jedenastej wieczorem powinna być burza. Słyszę, że za oknem się już rozpadało i choć sam deszcz nie przeszkadza mi aż tak bardzo (zdecydowanie bardziej wolałabym, gdyby obyło się bez deszczu), wierzę głęboko, że magiczna aplikacja pogodowa się myli i tej burzy jednak nie będzie. Boję się burzy. Jest w niej coś tajemniczego i przyciągającego, ale się boję. Zapewne ma to związek z pewnym wydarzeniem w Płocku, kiedy to piorun walnął w ratusz, niedaleko którego stałam.
Sprawę burzy, która do tej pory całe szczęście nie nadeszła zostawię. Chciałabym się raczej skupić na małym incydencie, który miał miejsce dzisiejszego dnia.
Mam kota. Mój kot jest zadziornym stworzeniem, który nienawidzi wszystkiego i wszystkich wokół siebie włączając w to mnie. Chyba, że w misce brakuje jedzenia, wtedy staje się najukochańszym i najmilszym stworzeniem na ziemi - miałczy, ociera się, pomrukuje i ogólnie rzecz biorąc staje się przyjazną, kolorową kulką. Stety, albo niestety, jest również kotem wychodzącym i biegającym wolno. Lubi wyjść do ogródka, powylegiwać się na słońcu, albo pójść na pole w celu złapania jakiegoś obiadu.
Nie mieszkam jednak na odludziu, a co za tym idzie - mam paru sąsiadów. Jedni są super i da się z nimi luźno pogadać na kawce przy płocie, inni nie są już tacy fantastyczni. Liczne skargi i czepialstwo nie są dobrymi sposobami na zaskarbienie sobie sympatii sąsiadów. Mój problem polega jednak na dzikim zwierzu tych drugich.
Spokojnie się dziś szykowałam do wyjścia, zwykłe, standardowe czynności, kiedy z drugiego pokoju doszedł mnie przeraźliwy jazgot. Jest mi nawet ciężko opisać ten dźwięk: głośne prychanie, warczenie i po prostu kocie darcie się na cały dom, a to wszystko w jednym czasie! Najpierw stanęłam jak wryta i zastanawiałam się, co to w ogóle mogło być. Poszłam do pokoju i na parapecie ujrzałam Roxusa, która tak nastroszyła sierść, że wydawała się być dwa razy większa, niż normalnie. Podeszłam do okna i zobaczyłam wielkiego, czarnego sierściucha sąsiadów, który... próbował mi wskoczyć do okna!
Ja rozumiem naprawdę wiele. Rozumiem, że zwierzaki mogą się nie lubić, że jedne mogą być bardziej agresywne, inne mniej, że kota, który wychodzi po prostu nie da się nauczyć posłuszeństwa. "Nie Mruczku, na tamtą posesję wchodzić nie możesz" - przecież to nawet brzmi śmiesznie. Jednak kiedy taki problem zaczyna się powtarzać robi się bardzo nieprzyjemnie. Tym bardziej, że ten dziki zwierz potrafi zaatakować nawet dużo większego psa (owczarek niemiecki to nie byle co), czy człowieka! Nie bardzo jestem zadowolona, kiedy Roxus wraca do domu poobijana i wystraszona, jakby ledwo udało jej się uciec spod kosiarki. Tym bardziej bym nie chciała kiedyś znaleźć mojego kota gdzieś rozszarpanego.
Ale co możesz zrobić, kiedy idziesz do sąsiadki na skargę, a ona wzrusza ramionami i mówi "Ale on się mnie nie słucha".




Pozdrawiam,
norusze.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Mój mały wielki start.

Cześć!
Na dobry początek powinnam się przedstawić. Mówią na mnie Norusze, albo Karoll, jak kto woli. Jestem taką sobie dosyć spokojną, choć niepozorną osóbką, może trochę infantylną. Moje zachowanie zdecydowanie nie odpowiada cyferkom w metryce urodzenia ;)
 Na dobry początek uważam, że tyle powinno wystarczyć.

Nie jest to mój pierwszy blog. W czasach szalonego dzieciństwa miałam ich trochę: blogi z opowiadaniami, blogi-pamiętniki, photoblogi, sketchblogi, słowem - wszystko. Chciałam jednak stworzyć bloga, na którym mogłabym wylać swe myśli i opinie bez większego stresu. Bloga, na którym mogłabym napisać dosłownie wszystko - od dennych, codziennych sytuacji, do tematów, które naprawdę mnie zaciekawiły, zbulwersowały, zadziwiły, czy zwyczajnie ucieszyły. Mogłabym tu wstawiać swoje małe wypowiciny w postaci krótkich opowiadań, które zdarza mi się pisać, lub rysunków, które nieudolnie tworzę w wolnej chwili. Chciałabym, żeby ten blog był taki po prostu mój, opisujący moje nudnawe życie, taki jeden wielki noruszowy bałagan. Kto wie, może za parę lat będzie on swojego rodzaju albumem wspomnień, którego tak naprawdę nigdy nie udało mi się stworzyć...
Postanowiłam sobie również, że może dzięki temu nauczę się w końcu systematyczności i mój słomiany zapał pójdzie w zapomnienie. Zawsze miałam z tym problem - zacząć coś, a potem nie skończyć. Bardzo, bardzo niefajny nawyk.

Nie bardzo wiem, co jeszcze mogłabym tutaj napisać. Wydaje mi się, że "mój mały wielki start" powinno być okej, a zatem... żegnam się.


Do widzenia, 
norusze.