Nie było mnie długo, to fakt. Ale faktem jest również to, że nie mam na nic czasu. Jeśli nie praca - zwiedzanie uroczego Plymouth. Jeśli nie zwiedzanie - zapychacze czasu w postaci pisania bezsensownego bloga na siłę, który jest "wpisany" w ocenę praktyk. Wszak pisanie bloga, jakiegokolwiek pamiętnika powinno być przyjemnością, nie obowiązkiem i takiego zdania się trzymam.
Mamy już piętnasty października, czyli pół wyjazdu za sobą. W Plymouth podoba mi się bardzo, miasteczko jest bardzo urokliwe i przyjazne, choć o komunikacji miejskiej mogłabym powiedzieć wiele złych rzeczy.
niedziela, 15 listopada 2015
poniedziałek, 19 października 2015
8. Pracy masa.
Mija nam powoli dziewiętnasty dzień października. Dopiero co kończyły się wakacje, dopiero co pakowaliśmy plecaki i prężnym krokiem zmierzaliśmy ku szkołom. Teraz mamy połowę października, za chwilę Halloween i Wszystkich Świętych, potem Boże Narodzenie i sylwester, Nowy Rok.
wtorek, 29 września 2015
7. Eliksir włosowy.
Każda kobieta chce wyglądać świetnie. Każda z nas chce mieć zdrową skórę, włosy i paznokcie. Gdy zauważamy u siebie wypadające włosy lub paznokcie, które zbyt często się łamią, wpadamy w panikę.
piątek, 18 września 2015
6. Tuż tuż.
Brak internetu nie służy prowadzeniu bloga. Jak to dobrze, że mamy w tych czasach internety mobilne. Bez podłączenia do sieci to teraz jak bez ręki.
Szkoła i praca pochłania nas teraz bez reszty. Człowiek nie ma czasu podrapać się po głowie, nie wspominając o jakiś przyjemniejszych rzeczach.
Na szczęście są jeszcze w życiu takie malutkie drobnostki, które potrafią nawet wiedźmę zaskoczyć, a przy tym niesamowicie umilić tę szarą rzeczywistość.
Szkoła i praca pochłania nas teraz bez reszty. Człowiek nie ma czasu podrapać się po głowie, nie wspominając o jakiś przyjemniejszych rzeczach.
Na szczęście są jeszcze w życiu takie malutkie drobnostki, które potrafią nawet wiedźmę zaskoczyć, a przy tym niesamowicie umilić tę szarą rzeczywistość.
sobota, 5 września 2015
5. Przeminęło z latem.
Powinnam mieszkać na jakiś Hawajach, czy w Kalifornii. Mieć niewielki dom z widokiem na ocean i możliwością wylegiwania się na słońcu niemal codziennie.
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
4. Pomyślunek ciężką sztuką.
Z powodu nocnej nudy surfowałam sobie swobodnie po sieci, słuchając ulubionej muzyki i przeglądając blogi o przeróżnej tematyce; moda, lifestyle, gotowanie. Do przewidzenia był wysyp nowych postów z motywem przewodnim "back2school", które w sumie mnie nie interesowały. Może czasem rzuciłam okiem z ciekawości, jak teraz nastolatki przygotowują się do szkoły.
Jednak nie o szkole chcę się tu rozpisywać.
Moje serce zamarło, gdy na jednym z blogów przeczytałam o septumie. Sam kolczyk, jako kolczyk to nic złego - wielu ludzi w ten czy inny sposób ozdabia sobie ciało, co z resztą popieram. Nie popieram natomiast hot14, które postanawiają zrobić to same w domowym zaciszu, bo nie mają zgody rodzica, które jest wymagane w każdym salonie percingu.
Jeśli ktoś na własne życzenie chce sobie zrobić krzywdę - okej, nic mi do tego. Prawdziwe załamanie złapało mnie wtedy, gdy zobaczyłam, że dziewczyna, której bloga odwiedziłam, napisała dokładny przepis na "domowego septuma", krok po kroku, jakby to było proste przygotowanie koktajlu truskawkowego.
Zastanawiam się, czy ludzie naprawdę przestają używać organu, jakim jest mózg? Zero wyobraźni, zero jakiegokolwiek pomyślenia, co może się wydarzyć po przeczytaniu takiej notki, szczególnie gdy średnia wieku czytelników bloga wynosi może z 14 lat. Taki nastolatek, podjarany faktem, że sam w "prosty" sposób może sobie zrobić cool kolczyk, nawet nie pomyśli, że może się czymś zarazić, że może wdać się zakażenie, rana może się babrać i niezbyt dobrze się goić, a skutkiem nieumiejętnego przekłucia nosa może być nawet deformacja. Z resztą, nie tylko o nos chodzi - domowy percing czegokolwiek jest po prostu nieodpowiedzialny i głupi. Takich rzeczy po prostu nie robi się samemu, a jeśli już - nie sprzedajemy przepisu na to, jakby to było tak proste i bezpieczne! To są po prostu rzeczy, o których w taki sposób się nie pisze. Szkoda jest wybulić stówkę na profesjonalną usługę? Nie rób zatem kolczyka wcale.
Uważam, że wszystko jest dla ludzi, ale to "wszystko" należy robić z głową.
Jednak nie o szkole chcę się tu rozpisywać.
Moje serce zamarło, gdy na jednym z blogów przeczytałam o septumie. Sam kolczyk, jako kolczyk to nic złego - wielu ludzi w ten czy inny sposób ozdabia sobie ciało, co z resztą popieram. Nie popieram natomiast hot14, które postanawiają zrobić to same w domowym zaciszu, bo nie mają zgody rodzica, które jest wymagane w każdym salonie percingu.
Jeśli ktoś na własne życzenie chce sobie zrobić krzywdę - okej, nic mi do tego. Prawdziwe załamanie złapało mnie wtedy, gdy zobaczyłam, że dziewczyna, której bloga odwiedziłam, napisała dokładny przepis na "domowego septuma", krok po kroku, jakby to było proste przygotowanie koktajlu truskawkowego.
Zastanawiam się, czy ludzie naprawdę przestają używać organu, jakim jest mózg? Zero wyobraźni, zero jakiegokolwiek pomyślenia, co może się wydarzyć po przeczytaniu takiej notki, szczególnie gdy średnia wieku czytelników bloga wynosi może z 14 lat. Taki nastolatek, podjarany faktem, że sam w "prosty" sposób może sobie zrobić cool kolczyk, nawet nie pomyśli, że może się czymś zarazić, że może wdać się zakażenie, rana może się babrać i niezbyt dobrze się goić, a skutkiem nieumiejętnego przekłucia nosa może być nawet deformacja. Z resztą, nie tylko o nos chodzi - domowy percing czegokolwiek jest po prostu nieodpowiedzialny i głupi. Takich rzeczy po prostu nie robi się samemu, a jeśli już - nie sprzedajemy przepisu na to, jakby to było tak proste i bezpieczne! To są po prostu rzeczy, o których w taki sposób się nie pisze. Szkoda jest wybulić stówkę na profesjonalną usługę? Nie rób zatem kolczyka wcale.
Uważam, że wszystko jest dla ludzi, ale to "wszystko" należy robić z głową.
pozdrawiam,
norusze
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
3. Trzy razy w lewo i cztery w prawo.
"Musisz przyznać, że jak tatuś zrobi dziubek to nie ma chuja we wsi."
Parę lat temu oglądałam film, pewną polską komedię. Pamiętam, że byłam jeszcze szczeniakiem, który nie do końca wszystko rozumiał, a sceny i teksty wydawały się zabawne, takie, które opowiadało się kolegom ze śmiechem.
Obejrzałam ten film ponownie kilka dni temu i zrozumiałam, że "Dzień Świra" nie jest komedią, a dramatem, który tak naprawdę dzieje się tu i teraz, że sceny są zabawne, ale bawią raczej przerysowanym absurdem niżli żartem.
Adaś Miauczyński jest bohaterem romantycznym osadzonym we współczesnym świecie. Jak każdy ze szkoły średniej wie, lub wiedzieć powinien, bohater romantyczny cechuje się niespełnioną miłością, niezrozumieniem, patriotyzmem, a często również przeróżnymi przypadłościami psychicznymi. Tych cech nie brakuje Adasiowi, który jest człowiekiem stłamszonym i nękanym przez otaczającą go rzeczywistość, w której z resztą nie widzi sensu bytu, co potwierdzają jego myśli samobójcze. Ma również niespełnioną miłość, tę jedyną, piękną Elę, od której jednak ucieka, ponieważ "właściwie nie ma czasu ani miejsca na kobietę życia w swoim życiu".
Adaś odprawia codzienne rytuały (magiczna liczba 7 chociażby przy mieszaniu herbaty), od których nie jest już w stanie się uwolnić i nie wykonać choć jednego z nich, a jednocześnie pragnie wyrwać się z klatki rutyny. Jest indywidualistą, którego nie rozumie nawet matka, którego otaczają wszędzie drażniący go kretyn; kobieta w sklepie, dziewczyny w pociągu, człowiek z kosiarką.
Jest nauczycielem języka polskiego, słucha Chopina i czyta twórczość Mickiewicza. Interesuje się losami kraju, okazując w ten sposób postawę patriotyczną, choć sam mówi, że nie ma na nie wpływu.
"Ja Cię stresuję kurwa?! Uczysz się tego piąty rok w szkole i na kursach, i wszystko to jak krew w piach!"
Osobiście uważam, że film pokazuje każdego z nas. "Dzień Świra" nie jest zwykłą komedią, jest dramatem, który uświadamia nam, że właśnie tak wygląda nasze życie. Lub wyglądać może. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że choć teraz jestem młoda i wiele mogę osiągnąć, to mogę kiedyś obudzić się z przysłowiową "ręką w nocniku". Mogę zdać sobie sprawę z tego, że niczego w życiu nie osiągnęłam, a moje życie jest do dupy i nie pozostało mi nic innego, jak tylko naładować żołądek prochami i zapić wódką. Uważam jednak, że to jak będzie wyglądało nasze życie zależy tylko od nas, tylko musimy się w porę zorientować, kiedy coś idzie nie tak. Dlatego do myśli samobójczych jest mi szalenie daleko i mam przed oczami wizję wspaniałej przyszłości.
Parę lat temu oglądałam film, pewną polską komedię. Pamiętam, że byłam jeszcze szczeniakiem, który nie do końca wszystko rozumiał, a sceny i teksty wydawały się zabawne, takie, które opowiadało się kolegom ze śmiechem.
Obejrzałam ten film ponownie kilka dni temu i zrozumiałam, że "Dzień Świra" nie jest komedią, a dramatem, który tak naprawdę dzieje się tu i teraz, że sceny są zabawne, ale bawią raczej przerysowanym absurdem niżli żartem.
Adaś Miauczyński jest bohaterem romantycznym osadzonym we współczesnym świecie. Jak każdy ze szkoły średniej wie, lub wiedzieć powinien, bohater romantyczny cechuje się niespełnioną miłością, niezrozumieniem, patriotyzmem, a często również przeróżnymi przypadłościami psychicznymi. Tych cech nie brakuje Adasiowi, który jest człowiekiem stłamszonym i nękanym przez otaczającą go rzeczywistość, w której z resztą nie widzi sensu bytu, co potwierdzają jego myśli samobójcze. Ma również niespełnioną miłość, tę jedyną, piękną Elę, od której jednak ucieka, ponieważ "właściwie nie ma czasu ani miejsca na kobietę życia w swoim życiu".
Adaś odprawia codzienne rytuały (magiczna liczba 7 chociażby przy mieszaniu herbaty), od których nie jest już w stanie się uwolnić i nie wykonać choć jednego z nich, a jednocześnie pragnie wyrwać się z klatki rutyny. Jest indywidualistą, którego nie rozumie nawet matka, którego otaczają wszędzie drażniący go kretyn; kobieta w sklepie, dziewczyny w pociągu, człowiek z kosiarką.
Jest nauczycielem języka polskiego, słucha Chopina i czyta twórczość Mickiewicza. Interesuje się losami kraju, okazując w ten sposób postawę patriotyczną, choć sam mówi, że nie ma na nie wpływu.
"Ja Cię stresuję kurwa?! Uczysz się tego piąty rok w szkole i na kursach, i wszystko to jak krew w piach!"
Osobiście uważam, że film pokazuje każdego z nas. "Dzień Świra" nie jest zwykłą komedią, jest dramatem, który uświadamia nam, że właśnie tak wygląda nasze życie. Lub wyglądać może. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że choć teraz jestem młoda i wiele mogę osiągnąć, to mogę kiedyś obudzić się z przysłowiową "ręką w nocniku". Mogę zdać sobie sprawę z tego, że niczego w życiu nie osiągnęłam, a moje życie jest do dupy i nie pozostało mi nic innego, jak tylko naładować żołądek prochami i zapić wódką. Uważam jednak, że to jak będzie wyglądało nasze życie zależy tylko od nas, tylko musimy się w porę zorientować, kiedy coś idzie nie tak. Dlatego do myśli samobójczych jest mi szalenie daleko i mam przed oczami wizję wspaniałej przyszłości.
Pozdrawiam,
norusze
niedziela, 2 sierpnia 2015
2. Pechowo-simsowo.
Każdy ma czasem taki "dzień do czterech liter". Jedni po prostu siedzą w domu i nie wiedzą, co ze sobą zrobić, inni mają problem z koncentracją i są rozdrażnieni. Są jeszcze ludzie, którym danego dnia wszystko sypie się z rąk, albo tacy, którzy cały dzień śpią. Dziś dla mnie właśnie taki dzień nastał, choć zapowiadał się obiecująco.
Po porannym zrobieniu paznokci, które planowałam zrobić już wiele tygodni temu i obejrzeniu paru odcinków mojego serialu przyszedł czas na sen. Na sen, po którym nie byłam w stanie już nic zrobić. Wszystko dosłownie wypadało mi z rąk, mało nie potłukłam naczyń i nie byłam w stanie posprzątać do końca w mej norze, bo irytacja sięgnęła swego zenitu, gdy wykładając jajka do lodówki zwyczajnie mi się potłukły.
To się nazywa mieć szczęście.
Dlatego właśnie dzień zaliczam do tych nieudanych; przesiedziany cały i "wypierdziany" w dresie. Bez jakichkolwiek działań konstruktywnych.
Postanowiłam się jednak na wieczór pocieszyć filmem i simsami, a chociaż gamer'em nie jestem, to po prostu kocham serię The Sims.
wtorek, 21 lipca 2015
1. Zwierzaczno-sąsiedzkie problemy.
Według mojej śmiesznej aplikacji pogodowej o jedenastej wieczorem powinna być burza. Słyszę, że za oknem się już rozpadało i choć sam deszcz nie przeszkadza mi aż tak bardzo (zdecydowanie bardziej wolałabym, gdyby obyło się bez deszczu), wierzę głęboko, że magiczna aplikacja pogodowa się myli i tej burzy jednak nie będzie. Boję się burzy. Jest w niej coś tajemniczego i przyciągającego, ale się boję. Zapewne ma to związek z pewnym wydarzeniem w Płocku, kiedy to piorun walnął w ratusz, niedaleko którego stałam.
Sprawę burzy, która do tej pory całe szczęście nie nadeszła zostawię. Chciałabym się raczej skupić na małym incydencie, który miał miejsce dzisiejszego dnia.
Mam kota. Mój kot jest zadziornym stworzeniem, który nienawidzi wszystkiego i wszystkich wokół siebie włączając w to mnie. Chyba, że w misce brakuje jedzenia, wtedy staje się najukochańszym i najmilszym stworzeniem na ziemi - miałczy, ociera się, pomrukuje i ogólnie rzecz biorąc staje się przyjazną, kolorową kulką. Stety, albo niestety, jest również kotem wychodzącym i biegającym wolno. Lubi wyjść do ogródka, powylegiwać się na słońcu, albo pójść na pole w celu złapania jakiegoś obiadu.
Nie mieszkam jednak na odludziu, a co za tym idzie - mam paru sąsiadów. Jedni są super i da się z nimi luźno pogadać na kawce przy płocie, inni nie są już tacy fantastyczni. Liczne skargi i czepialstwo nie są dobrymi sposobami na zaskarbienie sobie sympatii sąsiadów. Mój problem polega jednak na dzikim zwierzu tych drugich.
Spokojnie się dziś szykowałam do wyjścia, zwykłe, standardowe czynności, kiedy z drugiego pokoju doszedł mnie przeraźliwy jazgot. Jest mi nawet ciężko opisać ten dźwięk: głośne prychanie, warczenie i po prostu kocie darcie się na cały dom, a to wszystko w jednym czasie! Najpierw stanęłam jak wryta i zastanawiałam się, co to w ogóle mogło być. Poszłam do pokoju i na parapecie ujrzałam Roxusa, która tak nastroszyła sierść, że wydawała się być dwa razy większa, niż normalnie. Podeszłam do okna i zobaczyłam wielkiego, czarnego sierściucha sąsiadów, który... próbował mi wskoczyć do okna!
Ja rozumiem naprawdę wiele. Rozumiem, że zwierzaki mogą się nie lubić, że jedne mogą być bardziej agresywne, inne mniej, że kota, który wychodzi po prostu nie da się nauczyć posłuszeństwa. "Nie Mruczku, na tamtą posesję wchodzić nie możesz" - przecież to nawet brzmi śmiesznie. Jednak kiedy taki problem zaczyna się powtarzać robi się bardzo nieprzyjemnie. Tym bardziej, że ten dziki zwierz potrafi zaatakować nawet dużo większego psa (owczarek niemiecki to nie byle co), czy człowieka! Nie bardzo jestem zadowolona, kiedy Roxus wraca do domu poobijana i wystraszona, jakby ledwo udało jej się uciec spod kosiarki. Tym bardziej bym nie chciała kiedyś znaleźć mojego kota gdzieś rozszarpanego.
Ale co możesz zrobić, kiedy idziesz do sąsiadki na skargę, a ona wzrusza ramionami i mówi "Ale on się mnie nie słucha".
Sprawę burzy, która do tej pory całe szczęście nie nadeszła zostawię. Chciałabym się raczej skupić na małym incydencie, który miał miejsce dzisiejszego dnia.
Mam kota. Mój kot jest zadziornym stworzeniem, który nienawidzi wszystkiego i wszystkich wokół siebie włączając w to mnie. Chyba, że w misce brakuje jedzenia, wtedy staje się najukochańszym i najmilszym stworzeniem na ziemi - miałczy, ociera się, pomrukuje i ogólnie rzecz biorąc staje się przyjazną, kolorową kulką. Stety, albo niestety, jest również kotem wychodzącym i biegającym wolno. Lubi wyjść do ogródka, powylegiwać się na słońcu, albo pójść na pole w celu złapania jakiegoś obiadu.
Nie mieszkam jednak na odludziu, a co za tym idzie - mam paru sąsiadów. Jedni są super i da się z nimi luźno pogadać na kawce przy płocie, inni nie są już tacy fantastyczni. Liczne skargi i czepialstwo nie są dobrymi sposobami na zaskarbienie sobie sympatii sąsiadów. Mój problem polega jednak na dzikim zwierzu tych drugich.
Spokojnie się dziś szykowałam do wyjścia, zwykłe, standardowe czynności, kiedy z drugiego pokoju doszedł mnie przeraźliwy jazgot. Jest mi nawet ciężko opisać ten dźwięk: głośne prychanie, warczenie i po prostu kocie darcie się na cały dom, a to wszystko w jednym czasie! Najpierw stanęłam jak wryta i zastanawiałam się, co to w ogóle mogło być. Poszłam do pokoju i na parapecie ujrzałam Roxusa, która tak nastroszyła sierść, że wydawała się być dwa razy większa, niż normalnie. Podeszłam do okna i zobaczyłam wielkiego, czarnego sierściucha sąsiadów, który... próbował mi wskoczyć do okna!
Ja rozumiem naprawdę wiele. Rozumiem, że zwierzaki mogą się nie lubić, że jedne mogą być bardziej agresywne, inne mniej, że kota, który wychodzi po prostu nie da się nauczyć posłuszeństwa. "Nie Mruczku, na tamtą posesję wchodzić nie możesz" - przecież to nawet brzmi śmiesznie. Jednak kiedy taki problem zaczyna się powtarzać robi się bardzo nieprzyjemnie. Tym bardziej, że ten dziki zwierz potrafi zaatakować nawet dużo większego psa (owczarek niemiecki to nie byle co), czy człowieka! Nie bardzo jestem zadowolona, kiedy Roxus wraca do domu poobijana i wystraszona, jakby ledwo udało jej się uciec spod kosiarki. Tym bardziej bym nie chciała kiedyś znaleźć mojego kota gdzieś rozszarpanego.
Ale co możesz zrobić, kiedy idziesz do sąsiadki na skargę, a ona wzrusza ramionami i mówi "Ale on się mnie nie słucha".
Pozdrawiam,
norusze.
poniedziałek, 20 lipca 2015
Mój mały wielki start.
Cześć!
Na dobry początek powinnam się przedstawić. Mówią na mnie Norusze, albo Karoll, jak kto woli. Jestem taką sobie dosyć spokojną, choć niepozorną osóbką, może trochę infantylną. Moje zachowanie zdecydowanie nie odpowiada cyferkom w metryce urodzenia ;)
Na dobry początek uważam, że tyle powinno wystarczyć.
Nie jest to mój pierwszy blog. W czasach szalonego dzieciństwa miałam ich trochę: blogi z opowiadaniami, blogi-pamiętniki, photoblogi, sketchblogi, słowem - wszystko. Chciałam jednak stworzyć bloga, na którym mogłabym wylać swe myśli i opinie bez większego stresu. Bloga, na którym mogłabym napisać dosłownie wszystko - od dennych, codziennych sytuacji, do tematów, które naprawdę mnie zaciekawiły, zbulwersowały, zadziwiły, czy zwyczajnie ucieszyły. Mogłabym tu wstawiać swoje małe wypowiciny w postaci krótkich opowiadań, które zdarza mi się pisać, lub rysunków, które nieudolnie tworzę w wolnej chwili. Chciałabym, żeby ten blog był taki po prostu mój, opisujący moje nudnawe życie, taki jeden wielki noruszowy bałagan. Kto wie, może za parę lat będzie on swojego rodzaju albumem wspomnień, którego tak naprawdę nigdy nie udało mi się stworzyć...
Postanowiłam sobie również, że może dzięki temu nauczę się w końcu systematyczności i mój słomiany zapał pójdzie w zapomnienie. Zawsze miałam z tym problem - zacząć coś, a potem nie skończyć. Bardzo, bardzo niefajny nawyk.
Nie bardzo wiem, co jeszcze mogłabym tutaj napisać. Wydaje mi się, że "mój mały wielki start" powinno być okej, a zatem... żegnam się.
Na dobry początek powinnam się przedstawić. Mówią na mnie Norusze, albo Karoll, jak kto woli. Jestem taką sobie dosyć spokojną, choć niepozorną osóbką, może trochę infantylną. Moje zachowanie zdecydowanie nie odpowiada cyferkom w metryce urodzenia ;)
Na dobry początek uważam, że tyle powinno wystarczyć.
Nie jest to mój pierwszy blog. W czasach szalonego dzieciństwa miałam ich trochę: blogi z opowiadaniami, blogi-pamiętniki, photoblogi, sketchblogi, słowem - wszystko. Chciałam jednak stworzyć bloga, na którym mogłabym wylać swe myśli i opinie bez większego stresu. Bloga, na którym mogłabym napisać dosłownie wszystko - od dennych, codziennych sytuacji, do tematów, które naprawdę mnie zaciekawiły, zbulwersowały, zadziwiły, czy zwyczajnie ucieszyły. Mogłabym tu wstawiać swoje małe wypowiciny w postaci krótkich opowiadań, które zdarza mi się pisać, lub rysunków, które nieudolnie tworzę w wolnej chwili. Chciałabym, żeby ten blog był taki po prostu mój, opisujący moje nudnawe życie, taki jeden wielki noruszowy bałagan. Kto wie, może za parę lat będzie on swojego rodzaju albumem wspomnień, którego tak naprawdę nigdy nie udało mi się stworzyć...
Postanowiłam sobie również, że może dzięki temu nauczę się w końcu systematyczności i mój słomiany zapał pójdzie w zapomnienie. Zawsze miałam z tym problem - zacząć coś, a potem nie skończyć. Bardzo, bardzo niefajny nawyk.
Nie bardzo wiem, co jeszcze mogłabym tutaj napisać. Wydaje mi się, że "mój mały wielki start" powinno być okej, a zatem... żegnam się.
Do widzenia,
norusze.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
